Co ma pierś do zgryzu?

Kilka dni temu pojawiła się w mediach informacja o prowokacyjnej okładce „Time”. Przez serwisy informacyjne przewalali się socjologowie i psychologowie mówiący, ile korzyści jest z karmienia piersią. Pojawiło się też parę osób nieco zniesmaczonych okładką albo widzących w karmieniu sześciolatka „lekką przesadę”. Nie pojawił się nikt, kto by powiedział, że karmieniem tak dużego dziecka piersią wyrządza mu się krzywdę. Nie mam tu na myśli nadopiekuńczości, bo jeśli matka chce być kwoką, to i bez mleka z piersi znajdzie sposób, aby swoje dziecko otoczyć nadmierną opieką. Mam na myśli krzywdę fizyczną, namacalną, często widoczną – wada zgryzu, tzw. zgryz otwarty, problemy z uzębieniem, infantylny nawyk połykania, a to wszystko składa się na wady wymowy – i to takie, których logopeda bez pomocy ortodonty lub wręcz chirurga szczękowego nie wyprowadzi.
Oto przykład tzw. zgryzu otwartego. Uwaga – zęby są zwarte maksymalnie, tzn. trzonowce górne opierają się o dolne, bardziej zębów zacisnąć się nie da.

 

 

 

 

 

 

 

Źródło: ortodonta.info

Czy naprawdę nie ma innych sposobów na budowanie więzi z własnym dzieckiem? Takich, które nie wpłyną negatywnie na jego całe przyszłe życie?

Opublikowano publicystyka | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Umowy jednak śmieciowe

Na Wyborczej jest artykuł, w którym pan profesor Wojciech Cellary (informatyk, bo to ważne) wypowiada się na temat tzw. umów śmieciowych, o których ostatnio głośno. Pan profesor twierdzi, że młodzi, szczególnie absolwenci uniwersytetów, mają niesłuszne roszczenie o umowy o pracę. Absolwenci na zleceniach, na umowach o dzieło są porównywani do przedsiębiorców, którzy nieustannie walczą o kontrakty. Ale pan profesor zapomniał o kilku sprawach:

1. umową zleceniem pracodawca nie może zastępować umowy u pracę, to znaczy – jeżeli ktoś wykonuję pracę jak na umowie o pracę, powinien taką umowę dostać. Umowa zlecenie nie może być wynikiem obejścia przez pracodawcę przepisów prawa pracy, bo wówczas jest to wykroczenie przeciwko prawom pracownika. A często bywa tak, że praca wykonywana na podstawie zlecenia NIE RÓŻNI SIĘ NICZYM od pracy świadczonej przez pracowników zatrudnionych na umowę o pracę – zleceniobiorca wykonuje ją w określonych przez pracodawcę godzinach, w sposób przez pracodawcę określony, mało tego – w tym samym zespole osób pracownicy wykonują te same zadania, co zleceniobiorcy. Tak jest do dzisiaj w jednej z największych spółek Skarbu Państwa, w której miałam zaszczyt być zleceniobiorcą przez półtora roku. Zleceniobiorcy wykonywali tę samą pracę, co pracownicy, tylko że nie mieli prawa do urlopu, dziewczyny nie miały co marzyć o ciąży, a wszyscy drżeliśmy na myśl o przyszłej emeryturze. O podwykonawcy nie było mowy, bo tak skonstruowana była umowa. Zresztą umowa zawierana była na tak krótki okres, że nikt nie śmiał „podskoczyć”, bo wiadomo było, że od następnego miesiąca pracy mieć nie będzie. Ciekawe, czy pan profesor Cellary taką sytuację również popiera?

2. Drugi punkt poniekąd powiązany jest z pierwszym – bo pan Cellary przywołuje sytuację z XX wieku i twierdzi, że wówczas różnica między wykształceniem robotnika i menedżera była ogromna i należało wziąć odpowiedzialność za niewykształconych. Wyrazem tego jest ochrona wynikająca z umowy o pracę. Pan Cellary zapomina o jednym. Do dzisiaj wielu wykształconych, wybitnych menedżerów jest zatrudnionych na umowie o pracę – w urzędach, w instytucjach non profit, w przedsiębiorstwach świadczących usługi, ale także w przedsiębiorstwach produkcyjnych. Owszem, jest garstka zatrudniona na kontraktach menedżerskich, ale nie mają one wiele wspólnego z umowami zlecenie ze stawką 1500 zł. brutto. Mnogość umów o pracę wśród menedżerów wynika zapewne z faktu, że i on chciałby mieć płatny urlop i zabezpieczenie w razie zajścia w ciążę i okres wypowiedzenia. Dlatego umowy zlecenie i o dzieło zostały skonstruowane z przeznaczeniem dla określonych rodzajów działalności. Dziennikarz/naukowiec/grafik komputerowy żyjący z umów o dzieło, któremu płaci się za „owoc” tej pracy, może tak sobie ją zaplanować, że 2 tygodniowy urlop nie odbije się na jego budżecie. Czasem nawet potrzeba leżenia całą ciążę w łóżku nie jest tragedią, bo mimo to ciężarna dziennikarka, pisarka lub graficzka uskuteczniać pisanie bądź projektowanie. Dla pani sprzedawczyni zatrudnionej na zleceniu urlop bezpłatny czy ciąża to już dramatyczne pogorszenie sytuacji finansowej.

3. Pan Cellary pisze, jakoby umowy zlecenie były przeznaczone dla tych wykształconych, światłych, którzy nie potrzebują ochrony. Ale umowy te są powszechne przy najprostszych, najmniej płatnych pracach właśnie – w fabrykach na taśmach, w sklepach, firmach sprzątających, nawet na najniższych stanowiskach w urzędach.
Headhunterzy łowiący menedżerów nie zaoferują im zlecenia, bo się ośmieszy, co najwyżej kontrakt menedżerski, a najlepiej umowę o pracę właśnie. Gdzie tu podział na tych biednych niewykształconych robotników, którzy potrzebują ochrony w postaci umowy o pracę oraz na światłych menedżerów, którzy wręcz powinni pracować na zleceniu, aby dać wyraz swojemu wykształceniu?

4. Porównanie umów cywilnoprawnych do działalności gospodarczej również nie jest na miejscu, bo przedsiębiorca odprowadza składki ZUS. Poza tym sam jest sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Jest to ryzykowne, ale niektórzy to lubią. Ale czy nadużyciem nie jest oczekiwanie, że, osoba chcąca pracować jako urzędnik czy listonosz, ma założyć działalność gospodarczą? Nie jest to śmieszne? Absurdalne?

A zatem – umowy cywilnoprawne tak, ale tam, gdzie jest ich miejsce – przede wszystkim w wolnych zawodach, a nie zamiast umów o pracę, bo ocieramy się o absurd, zaś argumenty pana Cellarego wydają się być kompletnie oderwane od polskiej rzeczywistości.

Opublikowano publicystyka | Otagowano , , , , , , , | 1 komentarz

Wielka Oszczędność Stadionowej Pomocy we Wrocławiu

Należy wymienić murawę na stadionie, zorganizować Strefę Kibica, miasteczko dla dziennikarzy i VIPów, kampanię informacyjną dla mieszkańców Wrocławia (że oto EURO 2012 nadchodzi, bo mogliśmy zapomnieć), zapłacić Straży Miejskiej za nadgodziny, zorganizować dodatkowe kursy MPK i posprzątać bałagan po meczach.
Trzeba znać priorytety, dlatego mieszkańcy bez większego oburzenia powinni przyjąć potrzebę cięć w innych, niż stadionowa, sferach wrocławskiego życia.
Jak rzekł prawie humorystycznie rzecznik prezydenta Wrocławia, Paweł Czuma „oszczędzanie zaczynamy od siebie”. Można tu zaobserwować ciekawe rozumienie zaimka „siebie”, bo Czumie nie chodziło (broń Boże) o Urząd Miejski Wrocławia, ale o takie jednostki budżetowe jak Zarząd Dróg i Utrzymania Miasta, Zarząd Zasobu Komunalnego, Zarząd Zieleni Miejskiej, Zarząd Inwestycji Miejskich oraz Straż Miejską (której już parę tygodni temu skończyły się druczki na mandaty, więc ciekawe, na czym teraz będzie oszczędzać).
Instytucje te mają się tłumaczyć z każdej inwestycji, na którą chcą przeznaczyć więcej niż 500 tys. zł. Z jednej strony śmieszne to, że nie obowiązuje wymóg tłumaczenia się z każdej wydanej złotówki, nie tylko tej 500 001-wszej, choć do naczelnych zasad budżetowych należy przecież zasada gospodarności. Z drugiej strony ciekawe, że mimo tych środków oszczędności miasto planuje wydać 8 milionów na zorganizowanie kolejnych imprez – turnieju piłkarskiego i festiwalu Rock in Wrocław z występem zespołu Queen.

Jak cudownie jest mieszkać w tym dynamicznym mieście. Po co nam porządna nawierzchnia na drogach, po co nam przedszkola i żłobki, po co nam sprawne tramwaje i autobusy, skoro jest DYNAMIZM, DUTKIEWICZ, STADION I QUEEN…

Opublikowano publicystyka | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Konsternacja nad majową „Polityką”, czyli wywiad Żakowskiego z Dodą.

Jacek Żakowski to już pewna marka. Jego rozmówczyni zresztą też, tylko dla tych samych odbiorców. I chociaż jestem przekonana, że tychże odbiorców z pewnością mają innych, to intencje Żakowskiego rozumiem. Wywiad zapowiadał się wręcz ciekawie i wcale nie miałam ochoty na potyczkę w stylu Cejrowski – Frytka. Tyle się mówi o tym wysokim IQ Dody, więc liczyłam, że warto.
Nie było warto.
Zacznę od końcowego odczucia – miałam wrażenie, że przeczytałam pracę domową piątoklasisty, który miał za zadanie napisać dialog. W zadaniu tym chodziło o to, że jeden bohater dziwi się drugiemu, dlaczego ten nie pije mleka. „W dupie mam mleko” – odpowiada niepijący. „Ale mleko jest ważne! Czy wiesz, że mleko wzmacnia kości?” „No coś ty, naprawdę? Ojej, a ja tak nie lubię mleka. No ale w takim razie chyba zacznę je pić”… Mleko to taka moja alegoria życia społecznego, politycznego, w które Doda tak straszenie nie chce się angażować, a pan Żakowski tak bardzo chce, żeby jednak zaczęła. W tym kontekście pojawił się np. żart o startowaniu na burmistrza Ciechanowa, (to znaczy ja mam nadzieję, że to był żart).
Interesujące, co pan Żakowski powiedział o tej rozmowie w innej rozmowie – że Doda jest ciekawa bo jest „radykalnym przykładem postawy, którą reprezentuje wielu ludzi – tu redaktorowi chodziło o osoby, które nie interesują się polityką, mają to – cytat za Dodą – w dupie i ogólnie stawiają życie osobiste ponad problemami społecznymi”. Takich ludzi są miliony, co łatwo policzyć patrząc na frekwencję przy kolejnych wyborach, i wśród nich jest wielu znacznie bardziej radykalnych. Oni mają politykę nie tylko w dupie, ale w jeszcze bardziej kolokwialnie określonym miejscu ciała. Oni nie odgrażają się li i jedynie, tak jak Doda. Oni już dawno tu nie płacą podatków, już stąd pouciekali, nie tylko nie czytują Polityki, ale nawet nie oglądają „Wiadomości” (Doda w swym radykalizmie „nawet Wiadomości codziennie nie ogląda”). Takich jest wielu i zachęty pana Żakowskiego na pewno tego nie zmienią. Nie rozumiem zresztą, co ma na celu przekonywanie kogokolwiek, aby się zainteresował sprawami społecznymi. Jest to tak samo naiwne, jak słowa pana Żakowskiego do Dody o zmienianiu tego kraju czy o wpływie artystów na rzeczywistość.
Jakby tego wrażenia było mało, pan Żakowski zapomniał o bojkocie sprawy matki Madzi, który sam ogłosił, i zamieścił w swoim tekście wypowiedź Dody na ten temat. A miałam od Pana nic na ten temat nie usłyszeć, nie przeczytać, panie Redaktorze…
Podsumowując – nic nie wnosząca rozmowa, ze zbyt naiwnymi pytaniami i zbyt ordynarnymi odpowiedziami. Przeżycie intelektualne żadne. Wrażenie po przeczytaniu takie, jakby ktoś w pełnym pokoju puścił bąka.
Szkoda by mi było 6,90 zł, gdyby numeru nie ratował chociażby świetny artykuł o katastrofie w Lesie Kabackim, natomiast strony 36-40 są przydatne, jeśli komary zaatakują, a nic poza gazetą nie ma pod ręką.

Opublikowano publicystyka | Otagowano , , | 1 komentarz