Pokłosie „Pokłosia”

Byłam w końcu na „Pokłosiu”. Tak, zaniosła mnie do kina ta fala, która ostatnio przetacza się przez media.

Zaskakujące, że krytykuje się rolę Stuhra, a jego samego traktuje się podobnie, jak mieszkańcy wioski traktowali odgrywanego przez niego bohatera. Też go wyrzucili poza margines za samo podjęcie tematu. W filmie to był margines wiejskiej społeczności, w prawdziwym życiu odmawia się Stuhrowi nie tylko patriotyzmu, ale wręcz polskości – to idiotyczne „wypominanie” żydowskiego pochodzenia – mam okazję poczuć, jak to było w 1968 r. – poniżej próbka „biografii” Henryka Wujca w wykonaniu internautki Joanny P. uczyła się chyba od najwybitniejszych propagandzistów Trybuny Ludu.

 

I ci ludzie śmią twierdzić, że film jest niepotrzebny, nieprawdziwy, a – idioci – nie zauważają, że swoją własną postawą krzyczą, jak bardzo jest prawdziwy i potrzebny.

Nie jestem fanką Pasikowskiego – gdy ostatnio oglądałam „Psy” w telewizji, to mi się przysnęło. Nie lubię też kina akcji. Ale lubię kino moralnego niepokoju. Lubię też ten temat. Nie chodzi o temat historii Polski, bo na „Obławę” nie poszłam. Chodzi o temat antysemityzmu.

Zaskakujące, że Polacy żyjący w bagnie chamstwa, złodziejstwa, kurestwa, łapówek, chuligaństwa i wyzysku nie są w stanie przyjąć do wiadomości, że tak, wśród kilkudziesięciu milionów Polaków żyjących w czasie II wojny światowej, znalazło się kilku, kilkuset, a może nawet kilka tysięcy, którzy Żydów mordowali. Mordowali, bo ich nienawidzili, bo zazdrościli im bogactwa, bo nie akceptowali inności, wreszcie – bo pozwolili, żeby okupant zrobił im wodę z mózgu, niektórzy może wcale nie byli tacy podli, a po prostu się bali.

Zaskakujące, że  ci, którzy powtarzają dzisiaj hasła o żydokomunie, nie wiedzą, że to jest hasło ukute przez nikogo innego, jak komunistów, tak samo jak hasło o niższej rasie zostało ukute przez nazistów.

A propos żydokomuny – zaskakujące, jak ludzie, którzy atakują Macieja Stuhra za to że zagrał w „kłamliwym i szkodzącym Polsce” filmie jako argument przywołują, że przecież Żydzi byli w UB. Tutaj aż się prosi o przywołanie wypowiedź Pani, która na profilu Macieja Stuhra napisała taką oto wypowiedź pod nazwiskiem osoby, która była spiritus movens wojny trojańskiej:

Obrazek

Czy jeśli (o ile) Żydzi byli nadreprezentowani w UB, który powstał w 1944 r., to wg logiki tejże Pani Holocaust i pogromy najwyraźniej im się należały? Może ci z Jedwabnego mieli jakąś wizję, co to się stanie za kilka lat i spalili Żydów w 1941 r. nie z nienawiści, tylko z obawy o to, że ci sami Żydzi za 4 lata będą wydawać wyroki na „żołnierzy wyklętych”?

Ciągnąc temat żydokomuny chciałabym przytoczyć tu wpis pana Zbigniewa o popularnym polskim nazwisku, popularniejszym niż „Kowalski”, który tak bardzo chciał poprzeć swoją tezę, jak to Żydzi są źli, ale jedyne co znalazł, to książka Pawła Śpiewaka „Żydokomuna”. Niestety nie przeczytał nic poza tytułem, nawet recenzji na Merlinie, w przeciwnym razie wiedziałby, że Śpiewak tego pojęcia użył w sposób przewrotny i z tezą o nadreprezentacji Żydów w UB się rozprawia.

Obrazek

Skoro tylu jest dzisiaj idiotów w Polsce, to jak można nie wierzyć, że w czasie II wojny światowej było też paru podłych ludzi?

Opublikowano publicystyka | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Lepiej być oszukującym niż oszukanym

W jakimś programie informacyjnym mówili o szczególnej ochronie, której podlega nasze polskie „złotko”, czyli Marcin P., twórca Amber Gold. Usłyszałam m.in., że Marcin P. ma stały dostęp do lekarza i psychologa. To zupełnie odwrotnie niż normalny obywatel, dla którego jedyne znane psycholożki to Kasia Cichopek i Kasia Tusk, do żadnego praktykującego w życiu się nie wybierze, a i do lekarza dostęp ma  utrudniony i musi chodzić prywatnie. W tym kraju tylko kraść się opłaca.

Notatka na marginesie | Opublikowano by | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

O przemądrym siostrzeńcu pani minister edukacji, który nie zainwestował w Amber Gold

Nigdy bym nie wpadła na to, by bronić idei gimnazjów w tak kuriozalny sposób, jaki zaprezentowała pani minister edukacji, Krystyna Szumilas. Otóż jej zdaniem gimnazja uchroniły tych, którzy mieli ogromne szczęście do nich uczęszczać, przed wtopieniem pieniędzy w tę spółkę-krzak. Nieważne, że spółka istniała legalnie, właściciel chodził w garniturze, zamiast w pasiaku, nieważne, że organy państwowe – koledzy i koleżanki pani Szumilas – nie zrobiły nic, aby właściciela przymknąć, a działalności zakazać. Nieważne, że ludzie – rzeczywiście trochę naiwni – zaufali mediom  i politykom i bojąc się kryzysu postanowili zainwestować w to, co ponoć było najbezpieczniejsze, bezpieczniejsze od walut z sinusoidalnymi kursami i nieruchomości, w których zapowiadano spadek cen. Nieważne, że zawiniło głównie państwo pozwalając oszustowi na założenie formy i cyckanie ludzi, którzy myśleli, że jak przychodzą do normalnej firmy – parabanku działającego (przynajmniej teoretycznie) na podstawie i w granicach ustawy prawo bankowe – to mogli się spodziewać, że w razie czego prawo ich jakoś obroni. Ot naiwni.
A co ma do tego gimnazjum? Doprawdy nie rozumiem… Czyżby państwo zamiast zająć się śledztwem i poszukiwaniem pieniędzy sprzeniewierzonych przez Plichtę, to robi statystyki – jacy klienci dali się nabrać na Amber Gold, w jakim są wieku i czy „załapali się” na gimnazjum, czy już nie? Bo skąd że by inaczej pani minister miała informacje na temat zależności „Amber Gold – gimnazjum”? Chyba nie jest tak głupia, by wyciągać tak daleko idące wnioski na podstawie jednego tylko przypadku – swojego siostrzeńca? Jeśli to miałby być jakikolwiek argument w jakiejkolwiek dyskusji, to ja podam lepszy – mój kot nie skończył żadnej szkoły, nawet czytać i pisać nie umie – i też nie zainwestował w Amber Gold. Czy nie mógłby to być argument za całkowitym zniesieniem edukacji? Przynajmniej zaoszczędzilibyśmy parę złotych na pensje dla niewydarzonych urzędników, którzy podają w poważnej dyskusji tak durne argumenty…

A tak odrobinkę poważniej – jeśli rzeczywiście istnieje statrystyka pokazująca, że to głównie osoby, które nie chodziły do gimnazjum, straciły swoje pieniądze w Amber Gold, to może, pani minister Krystyno Szumilas jest nieco prostszy powód – ludzie zainwestowali tam wysokie kwoty, po kilkadziesiąt, sto tysięcy. Chyba większe jest prawdopodobieństwo, że to 30-, 40-czy 50-latek ma tak wysokie oszczędności, niż przeciętny 26-latek, który najpewniej dopiero co zakończył studia. Tak sobie to wykalkulowałam moją prostą, nieskażoną gimnazjum głową.

Opublikowano publicystyka | Dodaj komentarz

Kolejna, po Magdalenie Środzie, Złotousta na lewicy

Chodzi mianowicie o panią Marzenę Chińcz, która spłodziła ciekawy wpis an temat związków partnerskich. Można go przeczytać tu: Mam gdzieś kołtuński… 

Warto wyjaśnić, że autorka na wstępie swojej wypowidzi napisała tak: „Miałam się za wyważoną, spokojną i merytoryczną osobę. Wojujący feminizm tak jak wszystkie skrajności był mi daleki. Ale jak tu nie być walczącą feministką, kiedy przysłowiowy nóż w kieszeni sam się otwiera na prawicową demagogię,”. Tymczasem na swoim blogu określa się jako socliberałką, feministka oraz wydawcą i redaktorką naczelna magazynu Femka. Szkoda, że na bloga weszłam dopiero po przeczytaniu tekstu, bo bym sobie darowała. Nie jest co prawda najgorszy, bo traktuje o związkach partnerskich i oczywistej reakcji środowiska PiS na tę kwestię, ale…

Niby wszystko ok, za związkami partnerskimi, o ile to są związki osób tej samej płci, jestem i ja, nie lubię prawicowego, radiomaryjnego klimatu, nie jestem zdania, że jedyny prawdziwy model czegokolwiek (także rodziny) to model katolicki, ale tymi dwoma zdaniami ośmieszyła się pani niewojująca feministka do cna: „Nie słyszałam tez, że konstytucyjny model rodziny to katolicki model rodziny. Choć zapewne tłumaczy to w jakiś sposób patologie polskich rodzin. ”

Jak zamierza walczyć o normalność, skoro z tej wypowiedzi bije nienormalność i jakieś durne, tępe jak moherowe, uprzedzenia? Każdy normalny człowiek wie, że patologiczne sytuacje nie zależą od wyznania, mogą się zdarzyć i katolikom, i żydom, i ateistom, i protestantom. Na każdy przykład patologii w katolickiej rodzinie – sztandarowym będzie  Madzia Waśniewska – ja znajdę przynajmniej jeden przykład patologii w nie-rodzinie albo w niekatolickiej rodzinie – choćby rodzice Szymona wyłowionego w Cieszynie (konkubinat to nie jest typowy katolicki model rodziny, a jakimś cudem dość często się słyszy o konkubentach matki, którzy pobili dziecko… Jak to Pani wytłumaczy, Pani Marzeno?).

Czy naprawdę na tym musi polegać lewica? Żeby robić wszystko na odwrót, niż prawica, nawet jeśli jest to równie durne? Prawica hołubi katolicyzm, to Marzena Chińcz zasugeruje, że katolicyzm jest przyczyną wszelkich patologicznych sytuacji w polskich rodzinach! Prawica jest przeciwko adopcji dzieci przez pary homoseksualne, to Środa napisze, że krzywdę dzieciom wyrządzić mogą tylko heteroseksualiści!

Zdrowego rozsądku to już w narodzie nie ma?

Opublikowano publicystyka | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Wrocław dla Romów!

Ostatnio gazeta.pl przoduje w artykułach poświęconych społeczności Romskiej we Wrocławiu. Jak to jest im źle, bo nikt ich nie lubi. Jestem świeżo po lekturze tendencyjnego tekstu Marzeny Żuchowicz Wrocławscy Romowie: Ludzie tu dobrzy, policja nie bije po którym opadło wszystko, co mogło opaść. Bohaterami są biedni Romowie, którzy nawet sami pożebrać na mieście nie mogą, więc MUSZĄ wysyłać na miasto swoje dzieci, na przeciwko nich ci źli mieszkańcy Kamieńskiego, którzy są łysymi naziolami albo żłopią piwsko przed blokiem i nie dają Romom wody (sic!). W pewnym sensie to sami mieszkańcy Kamieńskiego deprawują romskie dzieci tym niedawaniem Romom wody, bo zmuszają je do kradzieży tejże wody na stacji benzynowej.
No, w takim tonie utrzymany jest artykuł…

Ale! Chwilę potem trafiłam na jeszcze lepszy tekst: Stowarzyszenie NOMADA o rasizmie miejskich urzędników, w którym powaliło mnie zdanie:

W ostatnim czasie Romowie rumuńscy wielokrotnie nachodzeni przez strażników miejskich, policję, sanepid i pracowników MOPS słyszeli groźby eksmisji. Łączymy te dwie sprawy, ponieważ jest dla nas oczywiste, że straszenie przez strażników miejskich eksmisją z dnia na dzień grupy 70 osób pochodzenia romskiego jest rasizmem i pogwałceniem praw człowieka.”
sic! sic! po trzykroć sic!
Kim trzeba być, żeby uznać chęć rozprawienia się z nielegalnym obozowiskiem (dodajmy grożącym epidemią, bo już mieliśmy tam epidemię odry) za rasizm? Może jak mi pan policjant wlepi mandat za przechodzenie na czerwonym świetle, to też to uznam za rasizm, bo nie mam urody typowej dla Polki (blond włosy i niebieskie oczy)? Może jak pojadę do USA i będę tam żyła tam żebrając i wysyłając na żebry swoje niepełnoletnie dzieci (wykorzystywanie dziecka do żebranie jest swoją drogą nie tylko wykroczeniem, ale i może być przesłanką do odebrania dziecka), postawię sobie nielegalny barak, będę jeździć komunikacją bez biletu – to zabronienie mi tego to też będzie rasizm? Dobrze wiedzieć, już ruszam. A w razie groźby deportacji zwrócę się do Stowarzyszenia Nomada, który tak stoi na straży niby-pokrzywdzonych, może wstawią się za mną, tak jak za Romami, i może załatwią zieloną kartę w USA?

Opublikowano publicystyka | Otagowano , , , , , , , , | 1 komentarz

Magdaleny Środy udany gag o rodzinach homo- i heteroseksualnych

Abstrahując od moich poglądów na trudny temat adopcji dzieci przez pary homoseksualne, chciałabym nawiązać do tendencyjnego „artykułu” na edziecko.pl Dancewicz: Gdyby coś mi się stało, powierzyłabym (…) w którym wypowiedziała się m.in. etyczka, Magdalena Środa. Pani stojąca ponoć na straży równości, równego traktowania, równouprawnienia i innego równo…

Z niżej cytowanego akapitu, pochodzącego oczywiście z wypowiedzi tejże pani , wyłania się ciekawa definicja RÓWNOŚCI:

„Homoseksualiści rodzą w rodzinach heteroseksualnych. A jak słyszę, jakie potworności dzieją się w tzw. rodzinach tradycyjnych, to mi się włos jeży na głowie. W rodzinach homoseksualnych dzieci nie są maltretowane ani mordowane. Dobra rodzina to taka, która zapewnia dziecku miłość, bezpieczeństwo i rozwój. Powinniśmy walczyć z przemocą, agresją w rodzinie, a to czy rodzice są hetero czy homoseksualni, to sprawa absolutnie drugorzędna.”

Po pierwsze, jak można palnąć taką głupotę, że w rodzinach homoseksualnych dzieciom nie dzieje się krzywda? Równie dobrze ja mogę powiedzieć, że w rodzinach homoseksualnych zawsze dzieje się krzywda i będę miała taką samą rację (czytaj – jej brak). Jak można tak generalizować? Jak można wypowiadać takie sądy bez żadnego podparcia, żadnych badań, statystyk? Jak można tak się ośmieszyć będąc niby etykiem, filozofem, autorytetem?

Po drugie, jak można w jednym akapicie zawrzeć taką sprzeczność: „Powinniśmy walczyć z przemocą, agresją w rodzinie, a to czy rodzice są hetero czy homoseksualni, to sprawa absolutnie drugorzędna.” a dwa zdania wcześniej „W rodzinach homoseksualnych dzieci nie są maltretowane ani mordowane.”
To jak to w końcu, pani Środo jest – rodziny homoseksualne są takie same jak hetero, ergo i w nich zdarzają się patologie, przemoc i inne negatywne zjawiska? Czy jednak rodziny homoseksualne są pod tym względem nieskazitelne, a tylko ci straszni heterycy biją swoje dzieci, słowem – LEPSZE od rodzin heteroseksualnych.

Gdzie tu równość? Bo ja widzę w opinii pani Środy wyraźną faworyzację rodzin homoseksualnych. Pani profesor, dwója z równości!

Opublikowano publicystyka | Otagowano , , , , , , | 6 Komentarzy

Nieścisłości w wypowiedzi Pawła Huelle o nauczycielach

Paweł Huelle w odpowiedzi na test Balcerowicza napisał m.in. tak: „Czy zdaje Pan sobie sprawę, że przeciętna polska nauczycielka – bardzo ciężko pracująca, po wielu latach pracy, staży, szkoleń – dostaje na rękę maksymalnie dwa tysiące czterysta złotych? I nie jest Panu za to wstyd? Bo mnie – jest wstyd. Wstyd za państwo polskie, które nie potrafiło do tej pory skutecznie postawić na edukację.” (http://wyborcza.pl/1,76842,11941642,Pawel_Huelle_do_Balcerowicza__Uwzial_sie_pan_na_nauczycieli_.html)

Tymczasem zarobki nauczycieli brutto za 20 godzin tygodniowo przedstawiają się następująco:

Nauczyciel stażysta – 2619 zł (stażystą można zostać po licencjacie)
Nauczyciel kontraktowy – 2906 zł
Nauczyciel mianowany – 3770 zł
Nauczyciel dyplomowany – 4817 zł

Zdarza się mniejszy wymiar, ale często bywa i większy – do bodajże 27 lub 29 godzin maksymalnie.
Skoro nauczycielka opisywana przez Pana Huelle zarabia 2400 na rękę, to znaczy, że brutto jej pensja wynosi 3349,30 (tu kalkulator płac: http://www.money.pl/podatki/kalkulatory/plac/), a więc nie jest nawet nauczycielem mianowanym lub pracuje w niepełnym wymiarze czasu! Nauczyciel mianowany (bodajże po 5 lub 6 latach pracy) zarabia 2644,38 zł na rękę, przy założeniu, że nie ma dodatków. To tak źle? Ja wiem, że zawsze chciałoby się więcej, ale miarkujcie się.

Bardzo dobrze znam argumenty nauczycieli:

Są tak dobrze wykształceni. Ale to nie dwudziestolecie międzywojenne. Jest wielu dobrze wykształconych ludzi. Ja też jestem, dwa kierunki dziennie, na uniwersytecie, uprawnienia pedagogiczne, w toku podyplomówka. W szkole nie było dla mnie miejsca, bo choć jestem lepsza od niektórych (słowa dwóch dyrektorek, które miały mnie na praktykach i do których zanosiłam podanie), to nauczyciele mianowani są przecież nie do ruszenia, nieważne, że gorsi ode mnie, gorzej wykształceni, z mniejszym zapałem, sfrustrowani i z wzajemnością nie znoszą młodzieży.

Muszą się cały czas doszkalać. Ja też się doszkalam, ale mnie firma nie płaci za podyplomówkę, ani nawet za kurs Excela czy kurs doszkalający język obcy (często kontaktujemy się z obcokrajowcami). Mało tego – nie dostanę nawet urlopu szkoleniowego, bo firma musiałaby mnie skierować na szkolenie. A nie wyślę, choćbym nie wiem jak chciała. Moje studia podyplomowe są okupione ogromnymi wyrzeczeniami, zaś koleżanki z tych studiów – nauczycielki – nie dość, że mają je finansowane, w części lub w całości, to jeszcze mają lepsze możliwości, jeśli chodzi o odbycie praktyk. Ja nie kończę pracy o 12:00, nie mam też wolnego dnia w tygodniu, muszę korzystać z urlopu wypoczynkowego, przez to mam krótsze wakacje. Koleżanki ze studiów podyplomowych-nauczycielki nie mają krótszych wakacji. Ale nawet nad tym nie ubolewam, bo dlaczego firma miałaby ponosić koszty mojego wykształcenia? Tylko jakby mnie chciała dokształcić, a wręcz wypychała na siłę na nowe studia, to bym to doceniła, a nie marudziłabym tak jak wy, że „całe życie muszę się doszkalać, ojej”.

Nauczyciele nie pracują 20 godzin, tylko znaaacznie więcej. Owszem, może stażyści. Ci bardziej doświadczeni nie piszą sobie konspektu do każdej lekcji, bo mają wszystko w głowach. Inna sprawa, że nie zmieniają w ogóle metod, nie wprowadzają nowych, ciekawych pomocy naukowych. Ale jakby chcieli zastosować od czasu do czasu nową metodę, to na jej przygotowanie w domu i tak nie poświęcą kolejnych 20 godzin, żeby mieć 40-godz. etat.

Rady pedagogiczne (2 razy w roku) i zebrania z rodzicami (te kolei ze 2 razy w semestrze)… Zaś ja nie dość, że mam 40-godzinny tydzień pracy, to jeszcze dodatkową, niepłatną, 45-minutową przerwę – tzw. lunch, z której nie mogę zrezygnować, a z której często nie korzystam. Czyli z pracy wychodzę po 8 godzinach i 45 minutach. Często trzeba zostawać po godzinach, a do niedawna nam za to nie płacono, bo było to „niemile widziane przez przełożonych”. Co z tego, że to niezgodne z kodeksem pracy? My – parędziesiąt osób – pod sejm nie pojedziemy na skargę.

Odpowiedzialność. Ale nie tylko nauczyciele mają odpowiedzialną pracę. Ja jestem odpowiedzialna za finanse oraz za wizerunek przedsiębiorstwa. Jeden mój błąd to kilkadziesiąt tysięcy zł. w plecy. Jedno moje nieodpowiednie słowo do klienta i mamy na głowie inspekcję handlową i UOKiK. Jeden wasz błąd to… no właśnie, co? O odpowiedzialności za życie i zdrowie dzieci nie mówcie, bo nie słyszałam, aby wsadzili nauczycielkę, która kazała bić dziecko innym. Nie słyszałam, aby do odpowiedzialności pociągnęli nauczycieli ze szkoły, do której chodziła Ania – dziewczynka, która popełniła samobójstwo po tym, jak w klasie została molestowana i ośmieszona.

Ja po 3 latach od ukończenia studiów zarabiam mniej niż nauczyciel kontraktowy (staż trwa rok, jeśli na stażu ma się co najmniej pół etatu, czyli 10 godzin tygodniowo!), a i tak uważam, że nie mam najgorzej, bo zarabiałam i 1300 zł brutto- i to „z moim wykształceniem!”.
Ale chętnie się zamienię, skoro wam jest tak strasznie źle. Tylko jakoś miejsca się nie zwalniają, mimo że tak głodujecie na tych posadach.

Pracy jest pod dostatkiem dla wykształconych ludzi (o ile to dobre wykształcenie to nie jest zaoczna PWSZ z licencjatem obronionym na tróję), więc co was tak strasznie mocno trzyma w szkole? Ja mam wrażenie, że tylko przekonanie, że gdzie indziej nie dacie sobie rady, bo gdzie indziej dostaje się pensję za PRACĘ, a nie za dyplom i za prestiż…

Chętnych na wymianę pracy proszę o propozycję w komentarzach.

Opublikowano publicystyka | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Co ma pierś do zgryzu?

Kilka dni temu pojawiła się w mediach informacja o prowokacyjnej okładce „Time”. Przez serwisy informacyjne przewalali się socjologowie i psychologowie mówiący, ile korzyści jest z karmienia piersią. Pojawiło się też parę osób nieco zniesmaczonych okładką albo widzących w karmieniu sześciolatka „lekką przesadę”. Nie pojawił się nikt, kto by powiedział, że karmieniem tak dużego dziecka piersią wyrządza mu się krzywdę. Nie mam tu na myśli nadopiekuńczości, bo jeśli matka chce być kwoką, to i bez mleka z piersi znajdzie sposób, aby swoje dziecko otoczyć nadmierną opieką. Mam na myśli krzywdę fizyczną, namacalną, często widoczną – wada zgryzu, tzw. zgryz otwarty, problemy z uzębieniem, infantylny nawyk połykania, a to wszystko składa się na wady wymowy – i to takie, których logopeda bez pomocy ortodonty lub wręcz chirurga szczękowego nie wyprowadzi.
Oto przykład tzw. zgryzu otwartego. Uwaga – zęby są zwarte maksymalnie, tzn. trzonowce górne opierają się o dolne, bardziej zębów zacisnąć się nie da.

 

 

 

 

 

 

 

Źródło: ortodonta.info

Czy naprawdę nie ma innych sposobów na budowanie więzi z własnym dzieckiem? Takich, które nie wpłyną negatywnie na jego całe przyszłe życie?

Opublikowano publicystyka | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Umowy jednak śmieciowe

Na Wyborczej jest artykuł, w którym pan profesor Wojciech Cellary (informatyk, bo to ważne) wypowiada się na temat tzw. umów śmieciowych, o których ostatnio głośno. Pan profesor twierdzi, że młodzi, szczególnie absolwenci uniwersytetów, mają niesłuszne roszczenie o umowy o pracę. Absolwenci na zleceniach, na umowach o dzieło są porównywani do przedsiębiorców, którzy nieustannie walczą o kontrakty. Ale pan profesor zapomniał o kilku sprawach:

1. umową zleceniem pracodawca nie może zastępować umowy u pracę, to znaczy – jeżeli ktoś wykonuję pracę jak na umowie o pracę, powinien taką umowę dostać. Umowa zlecenie nie może być wynikiem obejścia przez pracodawcę przepisów prawa pracy, bo wówczas jest to wykroczenie przeciwko prawom pracownika. A często bywa tak, że praca wykonywana na podstawie zlecenia NIE RÓŻNI SIĘ NICZYM od pracy świadczonej przez pracowników zatrudnionych na umowę o pracę – zleceniobiorca wykonuje ją w określonych przez pracodawcę godzinach, w sposób przez pracodawcę określony, mało tego – w tym samym zespole osób pracownicy wykonują te same zadania, co zleceniobiorcy. Tak jest do dzisiaj w jednej z największych spółek Skarbu Państwa, w której miałam zaszczyt być zleceniobiorcą przez półtora roku. Zleceniobiorcy wykonywali tę samą pracę, co pracownicy, tylko że nie mieli prawa do urlopu, dziewczyny nie miały co marzyć o ciąży, a wszyscy drżeliśmy na myśl o przyszłej emeryturze. O podwykonawcy nie było mowy, bo tak skonstruowana była umowa. Zresztą umowa zawierana była na tak krótki okres, że nikt nie śmiał „podskoczyć”, bo wiadomo było, że od następnego miesiąca pracy mieć nie będzie. Ciekawe, czy pan profesor Cellary taką sytuację również popiera?

2. Drugi punkt poniekąd powiązany jest z pierwszym – bo pan Cellary przywołuje sytuację z XX wieku i twierdzi, że wówczas różnica między wykształceniem robotnika i menedżera była ogromna i należało wziąć odpowiedzialność za niewykształconych. Wyrazem tego jest ochrona wynikająca z umowy o pracę. Pan Cellary zapomina o jednym. Do dzisiaj wielu wykształconych, wybitnych menedżerów jest zatrudnionych na umowie o pracę – w urzędach, w instytucjach non profit, w przedsiębiorstwach świadczących usługi, ale także w przedsiębiorstwach produkcyjnych. Owszem, jest garstka zatrudniona na kontraktach menedżerskich, ale nie mają one wiele wspólnego z umowami zlecenie ze stawką 1500 zł. brutto. Mnogość umów o pracę wśród menedżerów wynika zapewne z faktu, że i on chciałby mieć płatny urlop i zabezpieczenie w razie zajścia w ciążę i okres wypowiedzenia. Dlatego umowy zlecenie i o dzieło zostały skonstruowane z przeznaczeniem dla określonych rodzajów działalności. Dziennikarz/naukowiec/grafik komputerowy żyjący z umów o dzieło, któremu płaci się za „owoc” tej pracy, może tak sobie ją zaplanować, że 2 tygodniowy urlop nie odbije się na jego budżecie. Czasem nawet potrzeba leżenia całą ciążę w łóżku nie jest tragedią, bo mimo to ciężarna dziennikarka, pisarka lub graficzka uskuteczniać pisanie bądź projektowanie. Dla pani sprzedawczyni zatrudnionej na zleceniu urlop bezpłatny czy ciąża to już dramatyczne pogorszenie sytuacji finansowej.

3. Pan Cellary pisze, jakoby umowy zlecenie były przeznaczone dla tych wykształconych, światłych, którzy nie potrzebują ochrony. Ale umowy te są powszechne przy najprostszych, najmniej płatnych pracach właśnie – w fabrykach na taśmach, w sklepach, firmach sprzątających, nawet na najniższych stanowiskach w urzędach.
Headhunterzy łowiący menedżerów nie zaoferują im zlecenia, bo się ośmieszy, co najwyżej kontrakt menedżerski, a najlepiej umowę o pracę właśnie. Gdzie tu podział na tych biednych niewykształconych robotników, którzy potrzebują ochrony w postaci umowy o pracę oraz na światłych menedżerów, którzy wręcz powinni pracować na zleceniu, aby dać wyraz swojemu wykształceniu?

4. Porównanie umów cywilnoprawnych do działalności gospodarczej również nie jest na miejscu, bo przedsiębiorca odprowadza składki ZUS. Poza tym sam jest sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Jest to ryzykowne, ale niektórzy to lubią. Ale czy nadużyciem nie jest oczekiwanie, że, osoba chcąca pracować jako urzędnik czy listonosz, ma założyć działalność gospodarczą? Nie jest to śmieszne? Absurdalne?

A zatem – umowy cywilnoprawne tak, ale tam, gdzie jest ich miejsce – przede wszystkim w wolnych zawodach, a nie zamiast umów o pracę, bo ocieramy się o absurd, zaś argumenty pana Cellarego wydają się być kompletnie oderwane od polskiej rzeczywistości.

Opublikowano publicystyka | Otagowano , , , , , , , | 1 komentarz

Wielka Oszczędność Stadionowej Pomocy we Wrocławiu

Należy wymienić murawę na stadionie, zorganizować Strefę Kibica, miasteczko dla dziennikarzy i VIPów, kampanię informacyjną dla mieszkańców Wrocławia (że oto EURO 2012 nadchodzi, bo mogliśmy zapomnieć), zapłacić Straży Miejskiej za nadgodziny, zorganizować dodatkowe kursy MPK i posprzątać bałagan po meczach.
Trzeba znać priorytety, dlatego mieszkańcy bez większego oburzenia powinni przyjąć potrzebę cięć w innych, niż stadionowa, sferach wrocławskiego życia.
Jak rzekł prawie humorystycznie rzecznik prezydenta Wrocławia, Paweł Czuma „oszczędzanie zaczynamy od siebie”. Można tu zaobserwować ciekawe rozumienie zaimka „siebie”, bo Czumie nie chodziło (broń Boże) o Urząd Miejski Wrocławia, ale o takie jednostki budżetowe jak Zarząd Dróg i Utrzymania Miasta, Zarząd Zasobu Komunalnego, Zarząd Zieleni Miejskiej, Zarząd Inwestycji Miejskich oraz Straż Miejską (której już parę tygodni temu skończyły się druczki na mandaty, więc ciekawe, na czym teraz będzie oszczędzać).
Instytucje te mają się tłumaczyć z każdej inwestycji, na którą chcą przeznaczyć więcej niż 500 tys. zł. Z jednej strony śmieszne to, że nie obowiązuje wymóg tłumaczenia się z każdej wydanej złotówki, nie tylko tej 500 001-wszej, choć do naczelnych zasad budżetowych należy przecież zasada gospodarności. Z drugiej strony ciekawe, że mimo tych środków oszczędności miasto planuje wydać 8 milionów na zorganizowanie kolejnych imprez – turnieju piłkarskiego i festiwalu Rock in Wrocław z występem zespołu Queen.

Jak cudownie jest mieszkać w tym dynamicznym mieście. Po co nam porządna nawierzchnia na drogach, po co nam przedszkola i żłobki, po co nam sprawne tramwaje i autobusy, skoro jest DYNAMIZM, DUTKIEWICZ, STADION I QUEEN…

Opublikowano publicystyka | Otagowano , , , | Dodaj komentarz